Trasa:
Bangkok - Angkor Wat - Phnom Penh - delta Mekongu - Sajgon - Mue Ne - Hoi An - Hanoi - zatoka Halong - Sapa - Lang Son (granica z Chinami) - Naning - Guilin i Yungshuo - Hongkong


Angkor Wat, 9.03.2004

Hej
już jestemy w Siem Reap, czyli miasteczku, z którego zwiedza się Angkor Wat, ale po kolei...

W Bangkoku 31 stopni i ostre słońce, na ulicach tysiące motorków. Od razu pojechalimy na Khao San, czyli ulicę z różnymi tanimi hotelikami.

Przez te pół dnia zwiedziliśmy pałac królewski i 2 świątynie. Największe wrażenie zrobiła na nas świątynia Wat Pho. Jest tam m.in. olbrzymi Leżący Budda, jakieś 45 metrów długości. Tam też poszliśmy na tradycyjny masaż tajski, do najstarszej szkoły masażu:-) To co przeżyłem trochę odbiega od wyobrażeń, ale było warto. Masaż jest bez olejków, w ubraniu i trwał 1 godz., chwilami trochę bolało, ale po czułem się super. Asi też się podobało.

Wieczorem pochodziliśmy trochę po Khao San, wszędzie mnóstwo białych i sporo młodych Tajek szukających towarzystwa. Byliśmy też na dużym placu, jakimś stadionie, wiele osób bawiło się puszczając latawce, było też jakieś spotkanie mnichów, a na przenośnych stoiskach można było kupić różne ciekawostki do jedzenia. Nie wszystko rozpoznaliśmy, ale były m.in. smażone larwy i szarańcza:-) Chcieliśmy pojechać jeszcze na Patpong (dzielnica czerwonych latarni) ale nieprzespana noc i perspektywa całego następnego dnia w autobusie zadecydowały. Następnym razem.

Podróż do Kambodży trwała krócej niż myślałem, o 19 byliśmy już w Siem Reap. Po stronie tajlandzkiej jedzie się autostradą, samą granicę przechodzi się pieszo i tam wsiada się do busika. Takiej granicy jeszcze nie widziałem, praktycznie nie ma tam samochodów, w większości towary są przepychane przez ludzi na wózeczkach, od czasu do czasu ktoś przejedzie jakimś landroverem, oczywiście jest dużo kurzu i nie ma asfaltu. Po stronie kambodżańskiej kończy się autostrada a zaczyna cos co ma gdzieniegdzie asfalt ale z dziurami większymi niż na Ukrainie.

Później jest czerwona , kurząca się droga. Mija się bardzo biedne wioski, domy na palach bez prądu, przy każdym z nich mały staw na wodę. W nocy widać tylko zapalone ogniska. Dlaczego tak długo tra podróż? Tutejsza mafia organizuje wszystko tak, aby busik dojechał do miasta po zmroku i turyści nocowali w hotelu, pod którym się zatrzyma autobus. Tak też zwykle jest, że po kilkunastu godzinach mało kto ma ochotę na szukanie hotelu.

Siem Reap to jedno z większych miast, widać duży rozwój, mnóstwo wielkich hoteli. W mieście jest nawet kilka ulic z asfaltem, my bierzemy tuk-tuka i udajemy się do hotelu, w którym nocuje Maciek z Patrycją (od 3 tygodni w drodze z Hanoi do Bkk). Wieczór spędzamy miło przy piwie Angkor:-)

Angkor zwiedzaliśmy 2 dni. Pierwszego wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy do najdalej położonych ruin (Beang Melea - ponad 2 godz. samochodem). Są one zarośnięte przez dżunglę i wiele pomieszczeń już się zawaliło. Chodząc można się czuć jak Indiana Jones odkrywając różne zakamarki czy uciekając przed wężem. W tej świątyni jest bardzo mało turystów co jest dodatkową atrakcją, całość robi takie wrażenie że nawet nie zauważyłem, gdy zrobiłem cały film zdjęć. Później chodzimy po wiosce, jakaś starsza Khmerka zaprasza nas do chaty, zbiega się dużo dzieci. Wracając odwiedzamy kolejne 2 świątynie. Angkor rzeczywiste robi duże wrażenie, jest to kilkadziesiąt świątyń na ponad 200 km kwadratowych, a największe pojedyncze świątynie maja nawet ponad kilometr długości. Ciekawe są rzeźby i cały układ architektoniczny. Wszędzie można chodzić, zajrzeć, wejść na wieżę itd. Od 6 rano do zmroku...

Dziś chodziliśmy po kolejnych 5 świątyniach (tych najpopularniejszych), byliśmy też na wschodzie słońca... co tu dużo pisać, ruiny te są imponujące.
Wieczorem poszliśmy na masaż kmerski. jest zupełnie inny niż tajski, z olejkami, masażem głowy itp. bardziej przyjemny ale mniej skuteczny. (Asi się nie podobał) planujemy jeszcze sprawdzić masaż wietnamski i masaż stóp - ciekawe czym się różnią.

W tej Azji czujemy się b. dobrze:-) jakbyśmy tu byli już jakiś rok a Kambodża jest dużo ciekawsza niż się wydawało. Jutro jedziemy do stolicy, do Phnom Phen tylko 300 km ale zajmie to jakieś 8 godzin. Następnego dnia zmykamy już do Wietnamu.

Pozdrawiam serdecznie
Mariusz

Phnom Phen, 11.03.2004

Hej
Jesteśmy w stolicy Kambodży - Phnom Phen. Już za chwile wsiadamy na łódź i płyniemy do Wietnamu, do delty Mekongu.

Podróż z Siem Reap przebiegła bardzo sprawnie, droga była lepsza niż spodziewałem się. Trochę się kurzyło, ale 300 km w 7 godz. to dobry czas. Ciekawa ta Kambodża, z jednej strony bardzo biedna, dużo wiosek bez prądu, stacje benzynowe na korbkę, chaty na palach ze ścianami z liści, a z drugiej mercedesy pod knajpami, sieci fastfoodów z hamburgerami (logo to duża czerwona litera W :-) i promocje typu kupisz 3 paczki papierosów a dostaniesz gratis płytę cd...
Sama stolica to miasto z szerokimi ulicami i ładnym bulwarem nad rzeką. Czuje się historię zarówno kolonialną (Indochiny, bagietki francuskie) jak i ta ostatnia - Czerwonych Kmerów, wieczorem ulice puste, a wielu domach kraty i druty kolczaste - niektóre wyglądają jak małe fortece. Nadal na życzenie możliwe są tutaj różne atrakcje takie jak rzut granatem albo strzelanie z ak - 47 (podobno 20 usd za 20 naboi).

Ciekawa jest kuchnia, po drodze mogliśmy kupic smażone pająki, a w knajpach są też żaby z imbirem i inne takie. My byliśmy na kolacji we pizzerii, można zamówić tzw. happy pizza. jest to normalna pizza z cennika plus pewna trawa, która robi ciebie happy.

Zwiedziliśmy też piękny pałac królewski i srebrną światynię z emerald budda (to od posadzki ze srebrnych płytek). Później siedzieliśmy w naszym hoteliku, położny jest nad jeziorem w domku na palach, są hamaki, wygodne fotele i dobre piwo. Taki hotel to tutaj budżetowa oferta, kosztuje 3 usd za pokój dwuosobowy.

Dużym przeżyciem jest samo jeżdżenie po mieście na motorowerach. Najwięcej widziałem 5 osób na jednym motorku, my jeździmy w trójkę, kierowca wymija inne pojazdy, wjeżdża pod prąd, dziwnie skręca, trochę stresu ale fajnie:-)

pozdrawiamy
mariusz

Vinh Long, delta Mekongu, 12.03.2004

Cześć!
Dziś krotko, jest już 21 a jutro o 6 rano płyniemy na pływający bazar w delcie Mekongu. Granice przekroczyliśmy bez problemów, Wietnam przywitał nas chłodno. Mało kto mówi tu po angielsku, w Kambodży było prosto ale co będzie w Chinach?

Nad rzeką, jedną z odnóg Mekongu jest Chau Doc miasteczko, w którym nocowaliśmy, ładny bulwar przy brzegu, oświetlony, z szerokim chodnikiem. W kilku miejscach dzieci w kimonach ćwiczą jakąś wersje kung-fu, w innym kobiety w strojach przypominających piżamy chodzą wokół kwietników - tutaj to taka forma sportu.

Sama delta Mekongu robi duże wrażenie, niezliczona liczba kanałów, nad brzegiem liczne domy. Życie toczy się nad woda, tysiące lodek, dużych i małych, promy. Są też pływające domy, z kwiatkami w oknach:-) Pod niektórymi takimi domami są farmy ryb (catfish?). Dokładnie, pod domkiem jest klatka, w której są ryby, właściciel przez specjalny otwór wsypuje jedzenie, a później eksport do USA.

W przeciwieństwie do Kambodży widać tu przemyśl, nawet wiele firm ma na budynku wielki napis ISO 9001 - mimo ze to kraj socjalistyczny.

Po południu dotarliśmy do miejscowości Vinh Long, na szczęście mało turystycznej, to nie takie proste, w Wietnamie wszędzie najłatwiej dotrzeć zorganizowaną wycieczką, które są bardzo tanie, ale podążają utartymi szlakami. Z Vinh Long popłynęliśmy promem na drugą stronę jednej z odnóg Mekongu. A tam istny raj - cisza (prawie nie ma motorków!), spokój i mnóstwo egzotycznej roślinności: banany, mango, palmy itd... cala wyspa to wielka uprawa, tysiące ładnych domków i pola uprawne, pomiędzy nimi liczne kanały. Chodzimy, nagle słyszymy jakąś audycje, jakby z megafonu, na początku myśleliśmy, że to radio, gdy doszliśmy zobaczyliśmy głośniki na słupie. Leciała propagandowa audycja partyjna!!!

Wietnam cieszy oko, mnóstwo motorów i rowerów, piękna roślinność i śliczne dziewczyny w tradycyjnych białych strojach na rowerach!

pozdrawiam
Mariusz

Hoi An, 17.03.2004

Hej
Jesteśmy w Hoi An, takim małym, pięknym miasteczku w połowie drogi pomiędzy Sajgonem a Hanoi. Za nami 11 godzin w autobusie, ale po kolei...

Po delcie Mekongu pojechaliśmy do Sajgonu czyli oficjalnie Ho Chi Minh City. Miasto wielkie, intensywnie rozwijające się, w centrum wieżowce z neonami znanych firm (Citibank, HSBC). To co od razu rzuca się w oczy to tysiące motorowerów. Nie da się przejść na drugą stronę ulicy a przynajmniej nie jest to takie proste (na początku). Podobno w Sajgonie są aż 3 miliony motorowerów! Patrząc na ulice jestem w stanie w to uwierzyć. Samochodów prawie nie ma, nie jest to w sumie dziwne. W takim upale jazda na motorze to sama przyjemność, poza tym łatwiej jedzie się pod prąd:-)

Po przyjeździe busikiem na dworzec musieliśmy się przedostać do dzielnicy tanich hotelików, wynajęliśmy 2 motory i ruszyliśmy. Właściciel z przodu trzymał duży plecak ja siedziałem z tyłu. Najpierw ruszyliśmy pod prąd, później było rondo a później kolejne skrzyżowania bez świateł, Co chwile szukałem wzrokiem drugiego motoru z Asią, znikał i pojawiał się w tłumie innych pojazdów. Czułem się prawie jak agent 007, nasz motorek jechał pod prąd albo wyprzedzał inne:-) Po tym 10 minutowym przejeździe Asia powiedziała, że po Sajgonie nie będzie jeździć motorkiem.

Same miasto nie jest jakieś powalające, zauważa się oczywiście ciekawa architekturę kolonialna i dużo butików z najlepszymi markami na święcie. Są tez slumsy nad rzeka, dużo restauracji z rożnymi kuchniami oraz wielu ulicznych sprzedawców. Co ciekawe niektórzy lokalesi piją piwo z lodem:-)

W sklepach można kupić wszystko, ponieważ nie obowiązuje tu prawo autorskie dostępne są najnowsze ksera książek, zarówno przewodników LP jak i Harrego Pottera. Ksera są dobrej jakości, mają kolorową okładkę i kolorowe zdjęcia w środku - cena ok. 3-7 $. W sklepach też są pirackie płyty z muzyka i filmami - cena ok. 0,5-1 $ za płytę.

Byliśmy też w chińskiej dzielnicy znanej m.in. z filmów o wojnie w Wietnamie - ale nie była ona jakoś specjalnie ciekawa.

Niesamowity jest klimat stworzony przez ruch i hałas na ulicach, chętnie to obserwowałem, ale ciężko byłoby tam wytrzymać dłużej niż 2-3 dni. Np. wieczorem widzi się tam pary dla których randka to pojeźdzenie na motorze, niektóre w czasie jazdy siedzą daleko od siebie, inne bardzo przytulają się, inne znowu jadą na wiadukt i tam siedzą, żeby w smrodzie spalin oglądać samochody i motory jadące po autostradzie.

Na koniec pobytu w Sajgonie przejechaliśmy się rykszą - w tym upale jest to mało przyjemne a praca rykszarza jest strasznie ciężka, jazda motorkiem jest zdecydowanie przyjemniejsza.

W nocy pojechaliśmy do Mui Ne - chyba najpiękniejszej plaży w Wietnamie. Szeroka, drobny piasek, palmy kokosowe, woda w sama raz i duza fala. Sama miescowowsc to kilkadziesiąt ośrodków wypoczynkowych od budżetowych do super luksusowych. Są też wypożyczalnie dla windsurfingowców i kitesufringowców. Mimo że jest sezon wszędzie pustki, jakieś 10 osób na kilometr plaży :-)

Dłużej niż 1 dzień w Mui Ne to byłyby nudy, na szczęście w pobliżu są wydmy, które pojechaliśmy zobaczyć (fajne), jest też tam wioska rybacka i to była największa atrakcja. Pojechaliśmy o 5 rano zobaczyć wschód słońca i rybaków, którzy przypływają prosto z połowu. Gromadzi się tam tłum ludzi którzy kupują świeżo wyłowione owoce morza a oprócz ryb są też olbrzymie płaszczki, kraby itd...

Pozdrawiamy
Mariusz

Lang Son (granica chińska), 23.03.2004

Cześć!
Siedzimy w jakiejś dziurze przy granicy chińskiej, skończyły nam się wietnamskie dongi i nic nie możemy kupić do jedzenia. Nikt tu nie mówi po angielsku! Jutro o 7 otworzą bank to wymienimy $, chwile później jedziemy na granicę i do Chin.

Ostatnie 2 dni spędziliśmy w górach. Całą noc jechaliśmy pociągiem, gdy rano obudziliśmy się za oknem widoki jak z marzeń o Wietnamie, piękne góry i tarasy ryżowe.

Pierwszy dzień pojechaliśmy na bazar w Bac Ha. Już dojeżdżając do miasteczka, mijaliśmy grupki kolorowo ubranych kobiet udających się na market.

Jest to rejon zamieszkiwany przez różne mniejszości, jest ponad 50. W Bac Ha w większości pojawiali się Flower Hmongowie. Kobiety są pięknie ubrane w ręcznie wszywane kolorowe suknie, mają dużo biżuterii. Mężczyźni wyglądają równie ciekawie, są w czarnych kubraczkach zapinanych na supełki o chodzą w plastikowych sandałach - mnie kojarzyli się z żołnierzami Mao. Całość sprawia wrażenie niezwykłej autentyczności. Ktoś przyszedł sprzedać konia, a ktoś inny poplotkować, dziewczyny rozglądały się za biżuterią, mężczyźni palili tytoń. Inni przyszli obejrzeć film.

Można tam kupić wszystko co potrzeba - są małe konie, małe świnki, Psy, ale też materiał do wyszywania, kolorowe nici i błyskotki.

Wizyta w tym miejscu sprawiała nam dużo radości, mnie nasuwa się skojarzenie ze słynną dolina Omo w Etiopii.

Później pojechaliśmy do Sapy, czyli takiego Zakopanego w Wietnamie. Miejsce zdecydowanie bardziej turystyczne, ale piękne. Miasto jest położone na wysokości 1700 m. Jadąc do niego mija się piękne góry z tarasami ryżowymi i plantacjami herbaty. Widoki - dla mnie - oszałamiające. Same miasteczko przyjemne, po jednym dniu wszyscy się już znają. W knajpce obok co chwile spotykaliśmy tego samego Francuza :-)

W okolicach miasta mieszkają m.in. Black Hmongowie (stroje w kolorze indygo) i Red Dao. I głównie kobiety Hmongów (w każdym wieku) atakują turystów, namawiając ich do zakupu różnych tkanin i innych wyrobów. Zresztą pięknych i tanich. Może wydawać się to męczące, ale są oni bardzo fajni i można z nimi przyjemnie pogadać, a z niektórymi nawet zaprzyjaźnić i odwiedzić później ich wioskę. Są bez porównania inni od Wietnamczyków, którzy potrafią być nieprzyjemni (szczególnie ci z obsługi ruchu turystycznego - o tym później).

Hmongowie maja rysy trochę podobne do Tybetańczyków i chyba stamtąd przyszli na teren północnego Wietnamu. Drugiego dnia poszliśmy do wioski Red Dao, oczywiście od razu zaatakowały nas kobiety i kupiliśmy 3 różne czapki:-)

Odwiedziliśmy też szkole oraz jedną rodzinę, pokazaliśmy im widokówki z polski ale najbardziej podobało im się zdjęcie dzieci w strojach ludowych.
Sapa jest fantastyczna, to miejsce, za którym już tęsknię i żałują że mogliśmy spędzić tam tylko 2 dni. Chciałbym tam jeszcze wrócić.

Pozdrawiamy
Mariusz

Hanoi, 23.03.2004

Parę słów o Hanoi...
To całkiem przyjemne miasto. Nie jest takie męczące jak Sajgon. Raczej niska zabudowa, duży ruch ale do wytrzymania. Fajnie jest tez jezioro w mieście. Można nad nimi spacerować, posiedzieć na ławce i poobserwować ludzi. Codziennie rano wiele osób przychodzi nad jezioro poćwiczyć, niektórzy podciągają się, inni biegają a inni ćwiczą tai chi. W Hanoi jest trochę zabytków i ładna architektura kolonialna. Jednak miejscem, które przyciąga najwięcej odwiedzających jest mauzoleum Ho Chi Minh'a. Żeby się tam dostać trzeba stać w kolejce mającej jakieś 300 m. Przed wejściem należy odpowiednio się ubrać (długie spodnie, zakryte ramiona) zostawić wszystkie rzeczy (plecak, aparat). Ponadto zdjąć nakrycie z głowy, wyjąć ręce z kieszeni i zachować odpowiedni szacunek czyli też nie komentować i przejść obok wujka Ho w ciszy. A porządku pilnuje jakieś 20 żołnierzy. Będąc tam ma się wrażenie, że odwiedza się jakąś najważniejszą świątynię w kraju.

O ludziach
Ludzie są tu różni. Najfajniejsi są oczywiście ludzie z północy, z mniejszości etnicznych:-) Najgorzej jest z osobami z tzw. obsługi ruchu turystycznego. Są to tzw. showmen'i którzy w różny sposób chcą zrobic wrażenie na białym np. naśladując okrzyk z filmu 'Good Morning Vietnam'. Oczywiście chcą też wyciągnąć możliwie dużo $ od białasow.
Fajnie są ludzie nie związani z masowym ruchem turystycznym. Uśmiechają się i są życzliwie, cieszą się z nawiązanego kontaktu. Zdarzają się też zaproszenia w stylu, na wódeczkę albo poczęstunek krewetką:-) Raz nas zaprosili też do śpiewania karooke. Niestety zazwyczaj nie mówią po angielsku. W ogóle jest śmiesznie jak nikt nie mówi po angielsku i wszystko pokazuje się na migi.

Łatwość podróżowania
W Wietnamie jest mnóstwo zorganizowanych wycieczek. W każdym hotelu sa do wyboru wycieczki we wszystkie możliwe miejsca w dowolnych wariantach np. Ha Long Bay na 1, 2 lub 3 dni, z noclegiem na statku lub w hotelu itp. W dodatku wycieczki są często tańsze niż samodzielne zorganizowanie takiego wyjazdu. Z jednej strony jest to fajne i wygodne (autobus pod hotel itp.), ale z drugiej strasznie wkurza zachowanie przewodników, długie postoje w sklepach i to, że cały czas podąża się utartymi turystycznymi szlakami. Na szczęście przy odrobinie chęci można z tego nie korzystać Tu nie jest to takie trudne! Wszystko można załatwić samemu (nawet wynająć łódź) i nie zawsze jest to droższe a frajda dużo większa.

Sklepy
W sklepach jest prawie wszystko (w dużych miastach) i jest bardzo tanie. Odpowiadając na pytanie Artura są tu też pampersy ale trzeba trochę poszukać - możecie jechać z dziećmi:-) Co ciekawe można też kupić czekoladę z Polski:-)

Pozdrawiam
Mariusz

Hongkong, 28.03.2004

Cześć!
Jesteśmy już HongKongu, teoretycznie to tez Chiny...

Granice pomiędzy Wietnamem a Chinami przeszliśmy pieszo, żadnych problemów i niespodzianek, sprawdzili nam jedynie temperaturę, czy aby nie mamy SARS'U. Chiny z początku wyglądały podobnie, później na drogach pojawiło się więcej samochodów a wszystkie napisy w postaci krzaczków. Na polach pojawiły się ciągniki - zdałem sobie sprawę, że w Kambodży i Wietnamie nie widziałem żadnego.
Po kilku godzinach dotarliśmy do dużego miasta Naning - blisko 1,5 miliona mieszkańców. Tam nikt nie mówi po angielsku, jakoś dogadaliśmy się z panią z informacji, która zaprowadziła nas na przystanek autobusowy i pokazała do którego autobusu wsiąść, ile zapłacić itp. podobnie było w następnym miejscu - Chińczycy są bardzo uprzejmi.

W banku wymieniliśmy pieniądze, dla nich było to duże wydarzenie, najpierw czekaliśmy aż znajdzie się ktoś kto zna angielski i wytłumaczy obsłudze co chcemy.

Po kolejnych perypetiach dotarliśmy do Guilin a następnie Yangshuo. Rejon Guilin jest znany z niesamowitych krajobrazów, pięknych wapiennych gór które wyrastają z płaskiego terenu i wijących się rzek.
Widoki są rzeczywiście fantastyczne, okolice zwiedza się zazwyczaj jeżdżąc na rowerze.

Trasy jest na tydzień, my jechaliśmy przez kilka wiosek, później wzdłuż jednej z rzek. Można też wsiąść na bambusowa tratwę i spłynąć w dół rzeki. Po drodze spotyka się ludzi pracujących na polach lub mężczyzn grających w karty:-) No właśnie prawie wszyscy tu grają w jakieś gry, głównie w karty.

Same miasteczko Yangshuo jest bardzo turystyczne ale tez bardzo przyjemne. Jest małe, wokoło góry i nie ma tam męczących spalin. Jest dużo fajnych knajpek dla turystów zmęczonych Azją. To taka Mekka dla backpackersów - tutaj po kilku miesiącach podróżowania po Azji mogą wreszcie wypić kawę albo zjeść buritos zamiast smażonych warzyw. Tutaj mogą też posłuchać swojej muzyki i odpocząć od Azji. Oczywiście przysmaki kuchni chińskiej są również dostępne, są np. ślimaki i inne dania bardziej nietypowe.

Przez te dwa dni pojechaliśmy jeszcze do wioski Pingxiang, chcieliśmy popłynąć łodzią ale nie udało się. Policja nie pozwala wynajmować lodzi obcokrajowcom, obiecano nam że o 12 będziemy mogli popłynąć (lunch policjantów:-) ale nie udało się.

Byliśmy za to na bazarze, myśleliśmy, że to będzie to samo co w Wietnamie... tutaj oprócz kur i motyk na bazarze jest też wielu lokalnych znachorów. Wieśniacy przychodzą na bazar, żeby postawić sobie banki albo kupić tajemnicze specyfiki na wszystko, typu balsam z tygrysa. jeden ze sprzedających demonstrował taki specyfik przypalając sobie stopę rozgrzanym do czerwoności prętem, a następnie demonstrując kojące działanie specyfiku. Wieczorem widzieliśmy jeszcze wytresowane do łapania ryb kormorany - bardzo ciekawe widowisko, płynie się łodzią, wokół jest zupełnie ciemno jedynie lampa oświetla dziób lodzi, kormorany nurkują i łapią ryby!

Guilin i okolice to jedno z najfajniejszych miejsc na świecie, polecam wszystkim planującym swoje wyprawy. My możemy narzekać jedynie na nienajlepszą pogodę, ale i tak było super.

Z Guilin po całonocnej podróży autobusem sypialnym (!) dotarliśmy do granicy z Hongkongiem. Mieszkamy w słynnym Chunking mansions (po powrocie od razu idę obejrzeć chunking express:-). Jest to najsłynniejsze miejsce w jakim nocowaliśmy w czasie tej podróży. Blok z ciemnymi klitkami o powierzchni 4 metrów kwadratowych, kraty na korytarzu, wielu podejrzanych typków, chyba jedyne takie miejsce na świecie. Co ciekawe najgorszy a zarazem najdroższy nocleg w czasie całej podróży (ok. 50 zł za pokój).

Sam HKK jest bardzo fajny, taki Londyn w Azji:-)

Pozdrawiam
Mariusz